Moi mali przyjaciele!
Spotykamy się jak zwykle co tydzien w tym miejscu (tak, niektorzy częściej - widzę że mały Antoś się wychyla z ławki, zaniepokojony czy aby nie zapomniałem o jego prawie codziennych wizytach tutaj. Nie, nie zapomniałem. Antosiu, Agatko, i inni bądźcie spokojni. Wszystkie wasze chwile tutaj są zapisane w specjalnej więlkiej Księdze w której życie każdego z nas jest osobnym rozdziałem).
Kochane dzieci, drodzy rodzice! Żyjemy w coraz bardziej zwariowanym świecie, w którym jedynym ratunkiem na codzienne szalone życiowe wyścigi są czasy jak ten - czas oczekiwania, nadziei, wyciszenia. Każda podniosła chwila wymaga odpowiedniego przygotowania: przygotowujemy się na przyjęcie urodzinowe, przygotowania do uroczystego niedzielnego obiadu trwają również długo. Przypomnijcie sobie, jak ile czasu przygotywaliście się by stanąć tutaj pierwszy raz z pełną świadomością uczestnictwa w tej uroczystości. Ale czymże jest nawet najważniejsza uroczystość w życiu wobec cudu na który właśnie czekamy? Cudu, który odmienił życie miliardów ludzi na całym świecie przez całe wieki, który przywrócił światu nadzieję? Cudu, który dzieje się co roku, a mimo to za każdym razem przygotowujemy się do niego? Otóż ja wam mówię: jakiejż łaski doznajemy przez możliwość uczestnictwa w tym cudzie! Jak nieszczęśliwi są ci którzy tej łaski nie mają! Z róznych względów, czy to zbłądzili z jedynej Ścieżki Prawdy czy też nie mieli szansy jeszcze jej poznać. Pomyślmy ciepło o jednych i drugich, oby nasze prośby zostały wysluchane i wszyscy oni zgromadzili się pod największym Ołtarzem Świata w oczekiwaniu na cud.
piątek, grudnia 16, 2005
wtorek, grudnia 13, 2005
studencka śniadanioobiadokolacja
czwartek, grudnia 08, 2005
łan łik bihajnd
Tydzień wielkiego postu blogowego za mną, choć to Adwent właściwie. Szalony tydzień i senny zarazem. Pokonałem przenoszenie stronki DPS na nowy serwer mimo wykrzaczenia się neostrady i kilku ton mięsa którymi zarzuciłem i Neo i całą Tepsę. Uzyskałem zaskakująco wysoki wynik egzaminu połówkowego z ekonimiki, zacząłem nowy projekt zimowy dla klienta i wyspałem się w końcu. Zarzuty Grzegorza że ostatnimi czasy sypiam częściej i dłużej, a tym samym podejrzenia o jakieś związki z gatunkiem niedźwiedzi są bezpodstawne i śmieszne. Ale skoro ktoś wita się z Orfeuszem zanim zjem kolację o północy to nie może wiedzieć o której się kładę.
Ach tak, były mikołajki. Widać jeszcze pozostałości: papierek po czekoladowym smakołyku od Smoły i siniak po prezencie od Grzegorza. Nie dałem wprawdzie sobie dziś zrobić prezentu bonusowego, (Grzegorz usiłował wylać mi zupę) ale czuję w koniuszkach palców że mikołajkowe i po-mikołajkowe obdarowywanie się nie zakończyło. Jaki on hojny. Może jutro spróbuje mnie zasztyletować widelcem...
Dopadł mnie czas podłego jesiennego nastroju. Ogromny, parujący dół z wapnem w którym zgryźliwość ściga się ze skisłością humoru aby dobić resztki optymizmu tlącego się w zakamarkach. Napierające zewsząd skomasowane siły zła i beznadziei pod wspólnym obdartym sztandarem Pluchy Krakowskiej. Walczyłem już z nimi bronią potężną acz zdradliwą, płatkami czekoladowymi. Sromotnie poległy jednak, podobnie jak każda inna wypróbowana czekoladowa oręż. Nie tędy droga. Prawdziwe zbawienie nadeszło z Olsztyna, Warszawy, Torunia, Gdańska, Poznania i Krakowa. Akt kapitulacji siły zła podpisały dziś, po akcji dywersyjnej Łucji od Nożyc. Pozbywając się części z trudem hodowanej fryzury poczułem jak wracają siły witalne, a złośliwy diabeł jesienny chichocze z coraz mniejszą złośliwością. Ucichł już teraz zupełnie. Viva la L'Oreal?
Ach tak, były mikołajki. Widać jeszcze pozostałości: papierek po czekoladowym smakołyku od Smoły i siniak po prezencie od Grzegorza. Nie dałem wprawdzie sobie dziś zrobić prezentu bonusowego, (Grzegorz usiłował wylać mi zupę) ale czuję w koniuszkach palców że mikołajkowe i po-mikołajkowe obdarowywanie się nie zakończyło. Jaki on hojny. Może jutro spróbuje mnie zasztyletować widelcem...
Dopadł mnie czas podłego jesiennego nastroju. Ogromny, parujący dół z wapnem w którym zgryźliwość ściga się ze skisłością humoru aby dobić resztki optymizmu tlącego się w zakamarkach. Napierające zewsząd skomasowane siły zła i beznadziei pod wspólnym obdartym sztandarem Pluchy Krakowskiej. Walczyłem już z nimi bronią potężną acz zdradliwą, płatkami czekoladowymi. Sromotnie poległy jednak, podobnie jak każda inna wypróbowana czekoladowa oręż. Nie tędy droga. Prawdziwe zbawienie nadeszło z Olsztyna, Warszawy, Torunia, Gdańska, Poznania i Krakowa. Akt kapitulacji siły zła podpisały dziś, po akcji dywersyjnej Łucji od Nożyc. Pozbywając się części z trudem hodowanej fryzury poczułem jak wracają siły witalne, a złośliwy diabeł jesienny chichocze z coraz mniejszą złośliwością. Ucichł już teraz zupełnie. Viva la L'Oreal?
czwartek, grudnia 01, 2005
Oj czysta wódka :>
Padł serwer - tyle wiadomo. Ile rzeczy można zrobić kiedy jest się offline! Gdyby przeciągnęło się to do weekendu z nudów przemalowałbym pokój i wydziergał kaszubskie wzory na zasłonach.
Ostatnia padaczka serwera zapaliła światełko ostrzegawcze we wszystkich pokojach w których ktokolwiek ma cokolwiek wspólnego z zerojedynkowymi dobrami zgromadzonymi na przepastnych kontach.. toteż kopiuję stronę wydziałową na własny dysk... nie zaszkodzi w każdym razie.
Zdarzyła się wczoraj imprezownia na ul.Lea, z odpowiednią dla wieku i statusu studenta ilością etanolu, czipsów, paluszków i karaoke. Zabawa przednia, szczególnie że lanie wosku ujawniło skrzętnie skrywane od dawna przed resztą przyjaciół marzenia i plany na przyszłość. Mój wosk zastygł w kształcie serducha, co tylko potwierdza że dbam o zdrowie i jak ognia unikam cholesterolu. Smoła nieco przeraził się wróżbą, kiedy wyszło na jaw że w woskowym koszyku na woskowym osiołku jest świeżo narodzone woskowe dziecię (owo woskowe dziecię to naturalnie efekt lania wosku przez Justynę). Krzysztof z radością przyjął wywróżony symbol funta (zawsze podejrzewałem go o konszachty z zachodnią walutą) a wrożba Grzegorza okazała się tak trudna do zinterpretowania jak (zazwyczaj) zachowanie właściciela.
Nadszedł później czas radosnych śpiewów, jak zwykle o północy. Podejrzewam, że autorskie wykonanie "Barki" na modłę rockowych standardów niekoniecznie musiało się podobać moherowym sąsiadkom. "Barka" zabrzmiała też raz jeszcze, w drodze powrotnej. To był dobry dzień.
Ostatnia padaczka serwera zapaliła światełko ostrzegawcze we wszystkich pokojach w których ktokolwiek ma cokolwiek wspólnego z zerojedynkowymi dobrami zgromadzonymi na przepastnych kontach.. toteż kopiuję stronę wydziałową na własny dysk... nie zaszkodzi w każdym razie.
Zdarzyła się wczoraj imprezownia na ul.Lea, z odpowiednią dla wieku i statusu studenta ilością etanolu, czipsów, paluszków i karaoke. Zabawa przednia, szczególnie że lanie wosku ujawniło skrzętnie skrywane od dawna przed resztą przyjaciół marzenia i plany na przyszłość. Mój wosk zastygł w kształcie serducha, co tylko potwierdza że dbam o zdrowie i jak ognia unikam cholesterolu. Smoła nieco przeraził się wróżbą, kiedy wyszło na jaw że w woskowym koszyku na woskowym osiołku jest świeżo narodzone woskowe dziecię (owo woskowe dziecię to naturalnie efekt lania wosku przez Justynę). Krzysztof z radością przyjął wywróżony symbol funta (zawsze podejrzewałem go o konszachty z zachodnią walutą) a wrożba Grzegorza okazała się tak trudna do zinterpretowania jak (zazwyczaj) zachowanie właściciela.
Nadszedł później czas radosnych śpiewów, jak zwykle o północy. Podejrzewam, że autorskie wykonanie "Barki" na modłę rockowych standardów niekoniecznie musiało się podobać moherowym sąsiadkom. "Barka" zabrzmiała też raz jeszcze, w drodze powrotnej. To był dobry dzień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


