Tydzień wielkiego postu blogowego za mną, choć to Adwent właściwie. Szalony tydzień i senny zarazem. Pokonałem przenoszenie stronki DPS na nowy serwer mimo wykrzaczenia się neostrady i kilku ton mięsa którymi zarzuciłem i Neo i całą Tepsę. Uzyskałem zaskakująco wysoki wynik egzaminu połówkowego z ekonimiki, zacząłem nowy projekt zimowy dla klienta i wyspałem się w końcu. Zarzuty Grzegorza że ostatnimi czasy sypiam częściej i dłużej, a tym samym podejrzenia o jakieś związki z gatunkiem niedźwiedzi są bezpodstawne i śmieszne. Ale skoro ktoś wita się z Orfeuszem zanim zjem kolację o północy to nie może wiedzieć o której się kładę.
Ach tak, były mikołajki. Widać jeszcze pozostałości: papierek po czekoladowym smakołyku od Smoły i siniak po prezencie od Grzegorza. Nie dałem wprawdzie sobie dziś zrobić prezentu bonusowego, (Grzegorz usiłował wylać mi zupę) ale czuję w koniuszkach palców że mikołajkowe i po-mikołajkowe obdarowywanie się nie zakończyło. Jaki on hojny. Może jutro spróbuje mnie zasztyletować widelcem...
Dopadł mnie czas podłego jesiennego nastroju. Ogromny, parujący dół z wapnem w którym zgryźliwość ściga się ze skisłością humoru aby dobić resztki optymizmu tlącego się w zakamarkach. Napierające zewsząd skomasowane siły zła i beznadziei pod wspólnym obdartym sztandarem Pluchy Krakowskiej. Walczyłem już z nimi bronią potężną acz zdradliwą, płatkami czekoladowymi. Sromotnie poległy jednak, podobnie jak każda inna wypróbowana czekoladowa oręż. Nie tędy droga. Prawdziwe zbawienie nadeszło z Olsztyna, Warszawy, Torunia, Gdańska, Poznania i Krakowa. Akt kapitulacji siły zła podpisały dziś, po akcji dywersyjnej Łucji od Nożyc. Pozbywając się części z trudem hodowanej fryzury poczułem jak wracają siły witalne, a złośliwy diabeł jesienny chichocze z coraz mniejszą złośliwością. Ucichł już teraz zupełnie. Viva la L'Oreal?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz